Tegoroczny urlop zapowiadał się bardzo kusząco. Dwa tygodnie, począwszy od 31 lipca, mieliśmy spędzić we Francji, razem z naszą przyjaciółką Marie-Claire. W planach były Pireneje i Lazurowe Wybrzeże. Naszą francuską przygodę rozpoczęliśmy od Tuluzy, prześlicznego miasta (zwanego miastem „różowych dachów”), w którym domy na ulicach mają po 1000 lat… Po krótkim pobycie w tym mieście na jeden dzień zawitaliśmy nad Atlantyk do Biarritz, St Jean de Luz i Sare, leżące w Akwitanii.
2 sierpnia znaleźliśmy się w St Bertrand, w którym mogliśmy oglądać katedrę zwaną „Katedrą Pirenejów”. Następnego dnia – to były już prawdziwe Pireneje. Spacer rozpoczęliśmy od Gavarnie w kierunku Cirque de Gavarnie, gdzie mogliśmy podziwiać fantastyczny wodospad La Grande.
4 sierpnia – dwudniowa wyprawa w góry – z noclegiem w schronisku. Trasa przebiegała tak: Pont d'Espagne, Lac de Gaube, Vallee de Gaube, Vignemale, Col des Mulets, Col d'Arratille, Vallee du Marcadau, Pont d'Espagne. Lodowiec Vignemale – 3298 m n.p.m. – a na nim spore “czapy” śniegu. Dochodząc do siodełka Col des Mulets (2591 m n.p.m.) – pobiłem swój dotychczasowy rekord życiowy (Rysy od strony słowackiej). Dla Basi to był żaden wyczyn – w 1989 roku była na trekingu w Himalajach… Marie-Claire też „bywała” w wyższych górach. Ta dwudniowa wycieczka przyniosła sporo wrażeń. Mogliśmy obserwować na szlaku kozice i świstaki. Całkiem blisko.
I tak zakończyła się wyprawa w Pireneje. Potem było jeszcze Lourdes, Carcassonne leżące w krainie o tajemniczej nazwie Langwedocja - z przepięknym średniowiecznym zamkiem (jak z bajki Disneya), Nicea z palmami i drzewkami pomarańczowymi na Lazurowym Wybrzeżu, Monaco, Alpy (gdzie dotarliśmy na szczyt Mont Pepoiri – 2674 m n.p.m. – mój drugi rekord życiowy!), a w drodze powrotnej do Tuluzy – jedno z największych siedlisk flamingów na świecie w rezerwacie Camargues. Do Polski wróciliśmy 14 sierpnia. W domu czekały na nas nasze dwa koty. Oprócz wrażeń przywieźliśmy ze sobą też m. in. reprodukcję „Postaci przy oknie” Salvadora Dali.
A wśród tylu wrażeń spotkał mnie pech… Choć niektórzy mówią, że to DOBRY znak. W Morzu Śródziemnym z palca zsunęła mi się ślubna obrączka i na wieki zniknęła wśród bujnej roślinności podwodnej łąki… DOBRY znak – bo podobno dzięki temu wrócę tam…
Basia i Jacek Koć
Wszystkie materiały umieszczono w serwisie za zgodą autora.