- W tym roku z latem jest coś nie tak... będzie bardzo kiepskie!
Ej, marudzi coś - pomyślałem. Przecież jesteśmy przy samym Atlantyku, a tu zawsze jest mokro, mglisto. Tak stoi nawet w przewodnikach. Pare dni i wejdziemy w klimat bardziej przypominający pustynię, niż Szkocję.
Jak się miało wkrótce okazać, słowa podwożącej nas kobiety były prorocze. Lipiec i sierpień 2002 roku były jednymi z najgorszych nie tylko w tym, ale i ubiegłym stuleciu. W niczym nie przypominały zeszłorocznej wyprawy. Narzekali nie tylko turyści, ale także mieszkańcy ze wszystkich stron Pirenejów. Krowy - chudziny - gubiły się notorczynie podczas prób zdobycia Canigou. Nawet Costa Brava płakała, bo portfele nie napełniły się w stopniu satysfakcjonującym ich właścicieli. Góry w tym roku skąpiły słońca, smutne, posępne, ale jednocześnie bardzo żywe, niespotykanie zielone, pełne świeżości.
Tegoroczną wyprawę rozpoczęliśmy w Hendaye, niewielkim mieście nad Oceanem Atlantyckim, przy samej granicy z Hiszpanią. To właśnie tutaj znajduje się oficjalny początek GR10, szlaku transpirenejskiego, na którym spędziliśmy pierwsze dni. Przez kolejne tygodnie przechodziliśmy to na hiszpańską, to znów na francuską stronę pasma, drepcząc nie tylko po GR10 i GR11 oraz graniowym HRP, ale także poza nimi. Na trasie nie zabrakło ani dziczy, ani asfaltu. Udało się zwiedzić, przynajmniej w części, cztery najważniejsze parki pirenejskie: Park Narodowy Pirenejów Zachodnich z siedzibą w Gavarnie, bezpośrednio sąsiadujący z nim po hiszpańskiej stronie Park Narodowy Ordessa i Monte Perdido, Park Naturalny Posets i Aneto oraz Park Narodowy D'Aiguestortes i Estany de Sant Maurici. Jednemu z nas, Michurowi, udało się zdobyć Aneto, najwyższy szczyt Pirenejów. Kiedy nadszedł czas, oddaliśmy się wirowi zakupów w Andorze. Tylko trzy razy robiliśmy całodniowe lub dwudniowe przerwy, przypominając sobie wtedy smak piwa i wina oraz jazdę samochodem - niewdzięczne wyprawy autostopem po zakupy i gaz. Poznaliśmy się chyba trochę lepiej, ale - jak się tego można było spodziewać - nie obyło się bez krótkich spięć i napięć w zespole. Dużo poważniej, niż ze sobą nawzajem, walczyliśmy z grawitacją i ciężarem plecaka, pogodą, dziurami w stopach, obtarciami, obrzydzeniem, z jakim otwieraliśmy zupki knorra na śniadanie, komarami, a pod koniec także z monotonią i automatycznością wszystkiego, hej!
Do Banylus-Sur-Mer dotarliśmy 48-go dnia od startu w Hendaye, bez Michura, który musiał się z nami pożegnać kilkanaście dni wcześniej, w Andorze. Bardzo krótko cieszyliśmy się bezczynnością, która tak na prawdę zaczęła boleć. Wyprawa zakończyła się jednak powodzeniem. Sięgneliśmy więc po schłodzonego w warzywnej chłodziarni heineken'a i cieszyliśmy się jak dzieci. Ale nie myśleliśmy już chyba o minionych 48 dobach... tak to jest z wyprawami, że już na mecie marzy się o następnych!
Piotrek Karaś
Zobacz
galerię zdjęć ilustrującą wyprawę.
Wszystkie materiały umieszczono w serwisie za zgodą autorów.